Minimalna płaca, a moje świadczenie

lipiec 11th, 2008

Znowu nadszedł czas spowiedzi i zbierania papierków do otrzymania przywileju pobierania przez następne 12 miesięcy tak zwanego świadczenia rodzinnego. Jak co roku musimy udać się do miasteczka powiatowego w celu uzyskania zaświadczeń o wysokości dochodów. Tak jakby nie wystarczyło oświadczenie delikwenta pod groźbą odpowiedzialności karnej. No, ale cóż, to nie urzędnicy muszą pojechać w sumie (tam i tu) ok. 70 km. Obojetnie - samochodem, czy autobusem - koszty są.
Ale ja tak bardziej chciałam o czym innym. O wysokości tegoż świadczenia. Otóż od lat jest ono nierewaloryzowane! Obliczono je ileś tam lat wstecz jako 50 % najniższego wynagrodzenia - to wtedy dawało 420 PLN/m-c. I tak w tej samej wysokości jest do dziś, mało tego, właśnie się dowiedziałam, że owszem, będzie zmiana, ZA ROK! I jak się nie denerwować?
Z przerażeniem myślę, że owszem, wakacje, ale zaraz trzeba komplet książek, zeszytów, butów i sto tysięcy innych drobiazgów. Książek nie da się odkupić, bo przecież zeszyty ćwiczeń zostały wykorzystane, a w księgarniach taniej kupić całość niż na sztuki, zła krew mnie zalewa.
Pracować - nie wolno, na życie nie starcza. Trzeba, właściwie, to nie wiem, co trzeba, bombkę jakąś gdzieś podłożyć, czy co?

Original post by kosa1

Radio, a moja wątroba

lipiec 10th, 2008

Mój ślubny ma zwyczaj zaczynać dzień od uzycia włącznika w kuchennym radyjku - na moje nieszczęście. Już nie mogę, muszę znowu oczyścić wapory.
Od rana słyszę - a to diabli biorą autostrady - bo przepisy nie takie, a to stocznie mają przesrane, a my wszyscy razem z nimi - bo nie miał kto pilnować, co się tam dzieje, Euro 2012? Między bajki można włożyć, mało, że dróg nie ma i pewno nie będzie, to jeszcze baza hotelowa w Polsce jest akuratnia do tego ruchu, który jest, a nie do okazjonalnej imprezy. No i najważniejsze - spec z Instytutu Smith’a powiedział głośno i wyraźnie prawdę o tym, że zatrudnianie ludzi - to w Polsce luksus. Read the rest of this entry »

Szklany sufit

lipiec 7th, 2008

Na pierwszej stronie papierowego wydania “Rzeczpospolitej” można dziś znaleźć opis raportu, który stawia na głowie to, co od lat o dyskryminacji płacowej przedstawicielek płci pięknej powtarzają nam feministki:

Płace kobiet kierujących dużymi polskimi firmami są średnio o 30 proc. wyższe niż mężczyzn – wynika z raportu, do którego dotarła „Rz”. (…)

Prawie 1,3 mln złotych zarobiła w ubiegłym roku dyrektor zarządzająca dużego banku. Dyrektor generalna jednej z firm produkcyjnych zainkasowała prawie 900 tys. zł, całkowite zaś wynagrodzenie dyrektor handlowej w innej czołowej spółce sięgnęło 1,5 mln zł. To dwukrotnie więcej niż wynosząca 770 tys. zł średnia płaca członka zarządu dużego przedsiębiorstwa. (…) Potwierdzają to opracowane przez Hay Group porównania wynagrodzeń szefów 102 czołowych polskich firm – ich pensji podstawowych wraz z premią. Ubiegłoroczne zarobki kobiet zasiadających w fotelu prezesa były przeciętnie o 30 proc. wyższe niż mężczyzn [na tym samym stanowisku - T Ł]. Podobnie (choć przy mniejszej różnicy w płacy) było wśród członków zarządów.

Biorąc pod uwagę, że aktualnie w Polsce proporcje płci wśród osób kształcących się są silnie zaburzone na niekorzyść mężczyzn, dysproporcja ta w najbliższych latach zapewne jeszcze wzrośnie. Może nawet doczekamy czasów, gdy managerowie, którzy mieli nieszczęście urodzić się z niepoprawnym politycznie narządem rodnym, będą sobie w drodze do pracy podśpiewywać na starą melodię “Być kobietą, być kobietą, marzę będąc dyrektorem”…

Original post by Tomek Å

Profesor B. (Drogo! Blokuję Cię!)

czerwiec 27th, 2008

Za Onet.pl

Balcerowicz mówi:

“Jeśli prezydent zablokuje drogę do dobrobytu, musi być potępiony”

Cały artykuł:“Jeśli prezydent…”

Od razu nasunęło mi się pytanie: Co zablokuje? Czyżby jakiś wiekopomny plan reformatorski? A może ustawę, która przetnie kajdany przedsiębiorczości?

Otóż nic z tego. Dalej czytamy:

- Obecny rząd kładzie słuszny nacisk na usunięcie przepisów, które utrudniają życie przedsiębiorcom – zaznaczył były minister. W jego opinii, musi zaistnieć presja na wszystkie osoby, które odpowiadają za nieodpowiednią legislację, owocująca tego typu przepisami.

Tjaa….
Nie “usuwa” a “kładzie słuszny nacisk na usunięcie”. Więc prezydent może co najwyżej zablokować “kładzenie nacisku”. Nie sądzę jednak, by to robił. Z powodu “kładzenia nacisku” raczej nic specjalnego się nie wydarzy.

Original post by pajdo

USA: Fotyga rozmawia o tarczy bez zgody rządu

czerwiec 26th, 2008
ANALIZA POLITYCZNYCH WYPADKÓW, ODSŁONA 1
Witam. Pozwólcie Państwo, że i ja, w ramach analizy politycznych wypadków dorzucę parę słów, bo sytuacja w kraju mknie w zawrotnym tempie, znaczy to że szybko.Jak widać na załączonym obrazku pan Kaczyński, jeśli idzie o grę o najwyższą stawkę, posługuje się nie kim innym, jeno panią Fatygą. I słusznie robi, bo osoba to nad wyraz kompetentna. I nie może tu być mowy o zastosowaniu w praktyce powiedzenia, że gdzie prezydent, o przepraszam oczywiście że diabeł nie może, tam babę pośle.

Pozwólcie, że pani Annie poświecę dziś trochę uwagi. Jak wspomniałem na wstępie osoba to nad wyraz kompetentna i nie należy się dziwić, że najpierw ministrem spraw zagranicznych została a potem pan Lech znalazł dla niej miejsce w Pałacu. I aby nie być gołosłownym poprę tak postawione tezę kilkoma dowodami.

Zaraz na początku pani Anna zarządziła w podległym sobie resorcie wielkie sprzątanie. I nikt przy zdrowych zmysłach nie dziwił się chyba tym czystkom w ambasadach. Widać pani minister uznała, że urzędujący tam ludzie nie są swojakami, to i nie dziwota, że wycięła ich w pień. I do tego tylu na raz. I nic nie szkodzi, że naruszyła w ten sposób niepisaną umowę o wymianie ambasadorów. Kiedyś musiało przyjść nowe, a przecież to właśnie PiS w kampanii obiecywał. I nic nie szkodzi, że wakaty miesiącami nie były obsadzone, a ten w Brukseli został obsadzony dopiero po pół roku. A myślicie, że takiego ambasadora to łatwo znaleźć? Musi być kompetentny, a co najważniejsze swojak. Lepiej więc powoli, a za to dokładnie poszukać, prawda?

Również i w stosunku do skrótu myślowego pana Macierewicza o byłych ministrach spraw zagranicznych pani Fotyga ustosunkowała się jak należy bo, zostawiła tę sprawę ówczesnemu panu premierowi. Potem miała stanąć przed komisją spraw zagranicznych i odpowiedzieć na kilka pytań. I rzeczywiście stanęła, a właściwie siedziała. Stwierdziła roztropnie, że ona na pewno tak by się nie wypowiedziała, po czym zaproponowała komisji, aby jej pytań nie zadawała. I wyszła. Powie ktoś, że uciekła. Nic bardziej mylnego. Po zachowaniu takim rozpoznać rasowego polityka. A ci z komisji niech nie będą tacy ciekawscy. Pytań się im zachciewa.

Także i potem pani minister prowadziła naszą politykę wręcz koncertowo. I nie jest prawdą, że sprawę pierwiastka źle rozegrała taktycznie, bo nie była do końca zorientowana w unijnej problematyce, jak również i fakt, że kiedyś trafiło się jej pomylić traktat graniczny z traktatem o dobrym sąsiedztwie.

Nie należy się więc dziwić, że po tym wszystkim pan Kaczyński ufa jej bezgranicznie i na pierwszą linię frontu do Ameryki wysyła. Niech naprawia to, co zepsuł pan Tusk, wiecie ten, co to go nie lubię do spółki z panem Sikorskim. I wspomnicie moje słowa, że pani Anna wróci zza oceanu z tarczą. A że nie ma uprawnień? Panu prezydentowi mógł przecież tak nieistotny szczegół po prostu umknąć.

~ryży koń , 26.06.2008 06:46

Taaak Fachowość pani Fastrygi to my znamy.Przypomne tylko,że zamieniła flage czeską na rosyjska Ale nic to w porównamiu z Panem Prezydentem wszystkich Wolaków.Mianował pana Pudejro na Wolaka ,wręczył order panu Benhałerowi a na koniec uznał,że najlepszym piłkarzem na euro jest Artur Barabur.Pan prezydent zreszta otacza sie najlepszymi fachowcami w dziedzinie stosunków miedzynarodowych oraz wewnetrznych.przypomne że to u niego pracuje pan Maciarewicz człek opetany przez lustracje oraz pan olszewski były premier i niedoszły poseł.A agentem do specjalnych poruczeń jest tam Pan Kamiński specjalista od tłumaczenia co pan prezydent chciał powiedzieć bądż co tez miał na myśli
~wojtek , 26.06.2008 07:12
 
 

Original post by homonto

Morze Czeskie wg TVN24

czerwiec 22nd, 2008

Stacja radarowa nad brzegiem czeskiego morza

stacja radarowa nad morzem
21.06.2008 17:06
~anfel

jak nazywa się morze nad którym leżą Czechy?

Original post by homonto

Robert Krasowski, redaktor naczelny DZIENNIKA: - Kiedy Lech Wałęsa znowu będzie Bogiem - To Polska właśnie !

czerwiec 22nd, 2008

Trzecią RP rządzi niepodzielnie polityka, wojna na górze odbędzie się wszędzie. W Kościele, w publicystyce, w nauce, w kulturze. To jest przemożny kod intelektualny, nad którym nikt nie panuje. Kiedy umrze Herbert czy Miłosz, geografię smutku po nim precyzyjnie wyznaczą sympatie z wojny na górze - pisze redaktor naczelny DZIENNIKA Robert Krasowski.

Równo 18 lat temu, 24 czerwca 1990 roku, posiedzenie Komitetu Obywatelskiego. Kilka dni temu Lech Wałęsa skrytykował rząd Mazowieckiego i ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Dyskusję zaczyna Wałęsa od ostrej krytyki sędziwego Jerzego Turowicza. Zaczyna się awantura.

“Nigdy, panie Lechu, takich słów z pana ust nie słyszałem. Gdybym słyszał, to bym nie był razem z panem” - mówi dramatycznie Bronisław Geremek.

Dochodzi do głosu Jarosław Kaczyński. Oznajmia, że czas rządu Mazowieckiego się skończył. “Interesy dawnej nomenklatury i interes społeczeństwa są ze sobą sprzeczne. Hybrydalny system władzy Jaruzelski - Mazowiecki musi przestać istnieć” - dowodzi Kaczyński.

Niedługo potem na trybunie pojawia się zdenerwowany Adam Michnik.

“Jeśli ja jestem lewicą laicką i kryptokomunistą, to wy, szanowni moi antagoniści, jesteście po prostu świniami” - mówi.

Andrzej Wielowieyski próbuje bronić rządu. Powołuje się na sondaże. “Stłucz pan termometr, a nie będziesz pan miał gorączki” - odpowiada brutalnie Wałęsa.

Tych kilka gniewnych zdań, te kilka godzin kłótni, zdefiniowały całą polską politykę. Tak zaczęła się sławna wojna na górze. Wojna, w której lewica i prawica solidarnościowa stały się śmiertelnymi wrogami.

***

Wojna ta okazała się najważniejszym doświadczeniem wolnej Polski. Jej założycielską strukturą, matrycą wyznaczającą jej wszystkie parametry.

Odtąd nie będzie już w Polsce sporów innych niż ten. Cała polska polityka - jej idee, programy, partie, hasła, personalne sympatie i antypatie - wszystko to będzie pochodną wojny na górze. Nawet postkomuniści, którzy w tej wojnie udziału nie wzięli, będą myśleć i rządzić w rytm haseł zapożyczonych z centrum solidarnościowej wojny. Będą się zdarzały jednostkowe konwersje - Rokity, Halla czy Gowina - ale będą one tylko wzmacniać istniejące podziały. Będą się pojawiać próby zburzenia tych granic - np. przez Ryszarda Bugaja - ale zawsze będą się kończyć polityczną śmiercią śmiałka. Będą okresy politycznego zamętu, gdy wydawać się będzie, że dawne granice uległy zatarciu, jednak gdy tylko zdarzy się coś ważnego - afera Rywina albo przejęcie władzy przez PiS - stare lojalności okażą się znowu główną sprężyną politycznych zachowań.

Ponieważ Trzecią RP rządzi niepodzielnie polityka, wojna na górze odbędzie się wszędzie. W Kościele, w publicystyce, w nauce, w kulturze. Jeśli ktoś był przez te kluczowe kilka miesięcy po stronie Geremka i Kuronia, to wiemy od razu, że nie lubi Glempa, że ceni teksty Żakowskiego, Semkę ma za radykała, Staniszkis postrzega jako powierzchowną, a Szymborską jako głęboką. Jeśli w kluczowym momencie polubił Kaczyńskiego, “Tygodnik Powszechny” wydaje mu się drugą “Trybuną”, Kołakowski lewicowcem, Tischner marnym myślicielem, a Herling ulubionym pisarzem. To jest przemożny kod intelektualny, nad którym nikt nie panuje. Kiedy umrze Herbert czy Miłosz, geografię smutku po nim precyzyjnie wyznaczą sympatie z wojny na górze.

Nie ma ucieczki od tej historii. Wiem to najlepiej. Gdy powstanie DZIENNIK, głównym kryterium jego oceny będzie to, czy trzyma z Kaczyńskim, czy z Michnikiem. Ponieważ ani z tym, ani z tym, będzie albo definiowany na wyrost, albo oskarżany o koniunkturalizm.

***

Ten tekst jest w istocie o Wałęsie. Jest próbą odpowiedzi na pytanie “jak zareagować na książkę Gontarczyka i Cenckiewicza?”. Z jakiej perspektywy spojrzeć na przywódcę “Solidarności”? Czy oglądać go pod teleskopem, urządzeniem służącym do obserwacji przedmiotów wielkich, które opisuje raczej ogólny kształt? Czy też wziąć mikroskop i jak we wklęsłym lustrze zobaczyć wszystkie usterki, każdy szczegół boleśnie wyolbrzymiony do rangi istoty.

Zacznijmy od teleskopu. Oglądana pod nim wojna na górze jawi się jako starcie dwóch wizji Polski - Kaczyńskiego i Michnika, w które włącza się Wałęsa, nadając starciu wielką polityczną dynamikę. Oglądana pod teleskopem wojna na górze jest sporem merytorycznym. Padają tu wielkie pytania o Polskę i równie wielkie odpowiedzi. W rytmie ideowych rozpoznań pojawiają się wielkie polityczne manewry mające ratować Polskę przed błędną diagnozą.

Michnik jest tu ideologiem, który zdefiniował spór o Polskę jako starcie cywilizacji. Albo ciemnogród albo oświecenie. Albo prawica i - w konsekwencji - takie zjawiska jak Rydzyk, Giertych, niechęć do Europy, rynku, modernizacji, albo lewicowy obóz postępu, który dzięki przyjaźni z komunistami zdobywa większość potrzebną do przełamania lokalnego konserwatyzmu i przeprowadzenia liberalnej rewolucji.

Kaczyński dostrzegł w tym myśleniu błąd. To, że nad taką operacją Michnik nie zdoła utrzymać kontroli. Zamiast rozgrywającego stanie się pacynką w rękach komunistów, którzy po uratowaniu im karier odsuną Michnika i wyciągną ręcę po to samo, co w PRL. Po władzę nieskrępowaną przyzwoitością i troską o naród.

Michnik budując nową Polskę, nie wierzył w społeczeństwo, wolał postawić na kompetencję ekspertów. Inteligencję tych, którzy wiedzą, że Bóg rozumu nie rozdzielił po równi. Dlatego w jego planach demokracja jest celem, ale kontrola drogą. Ludzie wychowani w PRL, pozostawieni sam na sam z wolnością, wybiorą Tymińskiego, Giertycha i Leppera. I dlatego trzeba ich wcześniej do wolności wychować.

Kaczyński miał podobny ogląd ludzkiej natury, ale ponieważ Michnik odebrał mu dostęp do kontrolowanej rewolucji, Kaczyńskiemu pozostał jedynie lud. Wolność. Spontaniczność. Demokracja idealistycznie pojmowana. Niech ludzie wybiorą, co myślą. Niech się uczą na błędach. Kaczyński nie kochał ludu. Nie wierzył też w wolność. Ale bał się sojuszu z komunistami. Zmowy elit. Korupcji, jaką ta zmowa oznacza. Wolał się zdać na żywioł, niż uwierzyć w mądrość lewicowego establishmentu. Który zdefiniował nie jako pakt mandarynów, ale kontrakt mafiosów, w którym solidarnościowym elitom przypadnie rola użytecznych idiotów.

Pod teleskopem wojna na górze to wielkie polityczne manewry w ważnym dziejowym momencie. Wałęsa jest w nich świadomym uczestnikiem sporu, który dzięki politycznej intuicji dostrzega słabości obu stron. Widzi, że solidarnościowa lewica nigdy nie spełni warunków demokratycznej legitymizacji. Że może sobie marzyć o lepszym świecie, ale nikt za nią nie pójdzie. Bo jest zbyt inteligencka, zbyt oderwana od ludzi, zbyt wyniosła. Potrafi jedynie obrazić naród. Wałęsa rozumie też, że Kaczyński jest na swój sposób podobny do Michnika. Inteligencki. Pozornie realistyczny. Jednostronny. Wałęsa jako pierwszy pojął, że Michnika nigdy nie kupi lud, a Kaczyńskiego Zachód. Rozliczenia z PRL? Amerykanie ich nie chcą. Kontrola własności? Zachód woli szybką prywatyzację.

Wałęsa był najbardziej błyskotliwym politycznym analitykiem, jakiego wydała III RP. Nie potrafił jasno sformułować swych myśli, ale kto zechciał podążyć śladem jego dziwacznej mowy, ten rozumiał, że już w 1990 roku Wałęsa wiedział, że ani Michnik, ani Kaczyński nigdy Polską realnie rządzić nie będą.

Z kolei Michnik i Kaczyński trzeźwo ocenili Wałęsę. Nie o to chodzi, że był robotnikiem. Oni rozumieli istotę politycznej natury Wałęsy - to, że jest on niereformowalnym politycznym chuliganem, nierozumiejącym kultury przestrzegania reguł. Do szanującej prawo demokracji Wałęsa się po prostu nie nadaje. Obaj dobrze też wiedzieli, że Wałęsa ma w posiadaniu jeden gigantyczny atut - potrafi zdobyć poparcie ludu. Wygrać wybory. Bo nie jest wyalienowanym od społeczeństwa mieszkańcem Alei Róż lub Żoliborza.

***

Co będzie, jak na ten sam spór spojrzymy przez mikroskop? Nawet nie ten najsilniejszy, wyciągnięty przez Cenckiewicza i Gontarczyka, który demaskuje każdy skandaliczny detal, ale ten, który wprowadzili do polskiej politycy właśnie trzej główni bohaterowie wojny na górze. Ten mikroskop, którego publicznie używali do opisu działań i myśli swoich rywali.

Wojna na górze odbyła się w środowisku “Solidarności”, które chociaż w narodowej historiografii opisywane jest jako cud narodowej jedności, w istocie było bardzo podzielone. Z siatki rozmaitych konfliktów wyłoniły się z czasem dwie zasadnicze osie sporu: robotnicy - elity oraz prawica - lewica. Oba spory rozgrywane były bez salonowej elegancji. Emocje w nich były duże, a podejrzenia mocne. Widziano w sobie nawzajem kryptomarksistów, endeków, głupią masę robotniczą, żydów, ateuszy, ciemnotę, kosmopolitów, ubeków. Oglądana od środka “Solidarność” nie wygląda pięknie. Wystarczy posłuchać opowieści Walentynowicz czy Świtonia.

Lech Wałęsa z wielką zręcznością te nienawiści rozgrywał. Legenda mówi, że zawsze kompasem było mu publiczne dobro. Jednak po 1989 roku, gdy życie wewnętrzne “Solidarności” znalazło się w świetle kamer, przekonanie o odpowiedzialnym przywódcy szybko legło w gruzy. Wałęsa rozgrywa jedną prostą grę - przejęcia nad wolną Polską tej samej niepodzielnej władzy, jaką wcześniej sprawował nad “Solidarnością”. Być kolejnym Naczelnikiem Państwa. Ale nie z tylnego siedzenia. Wałęsa chce być demokratycznym carem. Chce niepodzielnie rządzić, chce wszystko kontrolować, chce być w świetle jupiterów, chce zbierać wszystkie hołdy. Nawet gdy został prezydentem, było mu za mało, w 1991 roku próbował objąć jednocześnie fotel premiera, dopóki nie został przekonany, że jest to niemożliwe.

Wałęsa zbierał wszystkie nitki władzy. Często mówił, po co mu ta władza, ale zawsze co innego, co potwierdzało podejrzenie, że cel był nieważny. Wałęsa chciał dominować. Miał jedną zasadę - osłabiał każdego, kto mógł zagrozić jego pozycji. Wałęsa dzielił, by rządzić, dawał jednym po to, by zazdrościli drudzy. I chwilę potem odwracał sytuację, by wszyscy wiedzieli, kto tu szarpie cuglami.

Ale nie tylko Wałęsa grał. Wałęsą też grano. Równie brutalnie. Dla wszystkich przyklejonych do “Solidarności” politycznych kanap Wałęsa był kluczem do władzy, był złotą akcją, która pozwalała ogłosić się głównym nurtem “Solidarności”. I z błogosławieństwem Wałęsy sięgnąć po władzę.

***

Prześledźmy główne etapy tej walki. Jest 1989 rok, w “Solidarności” górę biorą lewicowi eksperci, Geremek, Kuroń, Michnik. A więc ci, którzy przez lata szefa “Solidarności” najmocniej kokietowali. Od nich słyszał te ciepłe słowa “Lechu, jesteś wielki”. To jeden z nich, gdy prosił o ważną nominację, klęknął przed Wałęsą i błagał na kolanach. To mieli być najwierniejsi z wiernych. Związkowcy byli irytujący, w kółko narzekali, że Wałęsa łamie statut, zmuszając go do walki o każdą decyzję. Eksperci natomiast byli ciałem doradczym, ich pozycja zależała od Wałęsy, co dawało mu poczucie bezpieczeństwa.

Szef “Solidarności” cenił ich, bo od nich wychodziły najbardziej trzeźwe diagnozy. Realistyczny i umiarkowany program dogadania się z komunistami, który odpowiadał realistycznej i umiarkowanej naturze samego Wałęsy. Dlatego szef “Solidarności” wyniósł do góry właśnie lewe skrzydło. To jemu przyszło rozgrywać pierwszą wielką grę - rozmowy z komunistami o podziale władzy.

Wojna solidarnościowych skrzydeł zaczęła się przy okrągłym stole i dlatego ten mebel obie strony uczyniły centrum politycznej legendy. Pierwsze starcie wygrywa lewica. Przeforsowuje nie tylko swój scenariusz rozgrywki z komunistami, ale też to, że dostają najwięcej wpływów w nowym rozdaniu. To sprawia, że przegrywająca prawica przechodzi do ofensywy. Oczywiście w jedyny znany w “Solidarności” sposób - intrygą. Podsycając w Wałęsie lęk o jego własną pozycję, strasząc go, że jego lewicowi wybrańcy za chwilę go zdradzą. Wałęsa słyszy, że zaraz stanie się niepotrzebny, więc nagle przerzuca swoje poparcie na plan Kaczyńskiego. Kieruje do rozmów z satelitami PZPR Kaczyńskich, do tej pory drugi garnitur “S”, tylko po to, by upokorzyć Geremka. W efekcie zamiast koalicji z PZPR powstaje układ z ZSL i SD.

Wałęsa oddaje fotel premiera w ręce Mazowieckiego, osobie spoza frakcji. Jednak nowy premier dokonuje wyboru i wchodzi w sojusz z solidarnościową lewicą. Akcja nabiera tempa. Lewica testuje, czy można rządzić samemu. Bez udziału Wałęsy.

Zasadą całej tej wojny jest to, że nie toczy się ona w gabinetach, ale na oczach wszystkich. Mazowiecki sam sobie dobrał ministrów bez konsultacji z Wałesą, więc Wałęsa - chlast - szefem pozostawionego przez Mazowieckiego “Tygodnika Solidarność” robi Kaczyńskiego. Natychmiast otwartym atakiem odpowiada Michnik. Więc Kaczyński publikuje tekst Piotra Wierzbickiego na temat koterii w obrębie “Solidarności”. Publiczny donos, że “familia” i “świta”, czyli grupa Geremka i Mazowieckiego zawarły cichy sojusz.

Konflikt gęstnieje i właśnie teraz najbardziej widocznym graczem staje się Adam Michnik. Który zagrywa vabank. Zaczyna się brutalna faza rozpadu “Solidarności”. Lewica, czując swoją siłę, odwraca się od Wałęsy, oznajmia, że teraz rządzi Mazowiecki, a Wałęsa ma siedzieć cicho. Równolegle lewica zmienia sojusze. Ocala komunistów, aby zmarginalizować prawicę. Dawny wróg okazuje się sojusznikiem potrzebnym po to, by dobić dawnych towarzyszy broni.

Prawica odpowiada ogniem. Przekonuje Wałęsę, że lewica odsuwa Wałęsę raz na zawsze. I namawia Wałęsę do startu w wyborach prezydenckich. Pod sztandarem przegonienia komunistów i odsunięcia od władzy lewicy.

Wałęsa mówi, że przeczytał w jakiejś książce, że czasem musi być wojna na górze, aby był pokój na dole. Ogłasza więc wojnę na górze. Kilka tygodni potem dochodzi do awantury na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego. Wielka pyskówka, w całości rejestrowana przez kamery. Polacy, oglądając relację, są zaszokowani. Takiej polityki w swoim życiu jeszcze nie widzieli. Wałęsa rugający powszechnie szanowanego starego Turowicza…

Lewica decyduje, że nie pójdzie do Canossy. Poczuła się silna i przyjmuje wyzwanie. Mało tego - podejmuje pierwszą wielką próbę detronizacji Wałęsy. W czasie kampanii prezydenckiej atak pójdzie po linii najostrzejszej - dowiemy się, że Wałesa jest inny niż z ten legend lat 80. Ten, który obalał komunizm, okazuje się teraz największym zagrożeniem dla demokracji i wolności. Michnik pisze serię tekstów, przy których Gontarczyk i Cenckiewicz wydają się apologetami. Bo oni mówią - bohater, ale ze skazą. Michnik natomiast nie bawi się w dzielenie włosa na czworo. Dowodzi, że Wałęsa sprowadzi na Polskę dyktaturę. “Gazeta” jeździ na jego wiece, aby opisywać go potem jako antysemitę.

Wściekły Wałęsa akceptuje prawicowy program delegalizacji postkomunistów. I wybory wygrywa.

Wygrawszy, Wałęsa daje spore wpływy prawicy. Jednak historia się powtarza. Prawica chce sama rządzić. Potrzebowała Wałęsy tylko po to, by wygrać wybory. Wałęsa czuje się zagrożony, a poza tym nie ma ochoty robić tego, co obiecał przed wyborami. On chciał tylko osłabić lewicę, a nie ją dobić, bo to przecież da prawicy zbyt mocną pozycję. Następuje więc wymiana ciosów. Dochodzi do awantury, Wałęsa oskarża Kaczyńskiego, że przez niego wybuchła wojna na górze. Zaczyna się wymiana wzajemnych oskarżeń i w pewnym momencie prezydent mówi: “Zajmie się tobą prokurator!”. Wściekły Kaczyński wybiega z pokoju, a na odchodnym rzuca: “Jeszcze zobaczymy, kim się zajmie!”.

Prawica buduje koalicję wbrew Wałęsie, a ten zaczyna ją brutalnie atakować. Aż w końcu następuje faza ostateczna. Upadająca prawica odpowiada drugą wielką delegalizacją Wałęsy - oskarżeniem go o agenturę. Prawica oznajmia, że Wałęsa nie tylko był “Bolkiem”, ale nadal nim jest. Bo to jest ostrze tamtej argumentacji - człowiek, który urwał się SB, stworzył “Solidarność” i dał jej sukces, który oparł się SB, gdy groziło to życiem, teraz po 1989 roku ze strachu przed zdemaskowaniem stał się z powrotem pacynką w rękach byłych esbeków. Prawica ogłasza, że to nie Wałęsa wygrał z Kiszczakiem, ale Kiszczak okazał się pryncypałem Wałęsy. Cały plan książki Gontarczyka i Cenckiewicza napisany został w 1992 roku przez Kaczyńskiego i Macierewicza.

Po trzech latach od 1989 roku przywódca “Solidarności” nikomu już do niczego nie jest potrzebny, więc nikt już nie widzi w nim wielkości. Dla prawicy jest “Bolkiem”, dla działaczy związkowych też, solidarnościowa lewica z satysfakcją patrzy na jego upadek.

Ostatnia odsłona wojny na górze to wzajemne dobijanie się. W tej grze nie ma już żadnych reguł. Lewica kolportuje absolutnie nieprawdziwą historię - że premier Olszewski chciał przeprowadzić zamach stanu. Że Jednostki Nadwiślańskie były w stanie gotowości. Że Olszewski chciał obalić demokrację, dlatego musiał zostać obalony. Po wielomiesięcznym śledztwie sejmowej komisji nie potwierdziła się ani jedna informacja. Swoją drogą 15 lat później, gdy Kaczyński dojdzie do władzy, formacja Michnika będzie go niszczyć dokładnie wedle tego samego schematu. Dowodząc, że CBA to drugie Gestapo. Że Kaczyński - jak Wałęsa, a potem Olszewski - to człowiek, który dąży do dyktatury.

Ale jest rok 1992. Kaczyński nie pozostaje lewicy dłużny. Przez całe miesiące Polska dowiaduje się o kolejnych plotkach o agenturze w Belwederze i w Unii Wolności. Otoczenie Wałęsy w oficjalnych wypowiedziach Kaczyńskiego opisywane jest już nie jako ubecka agentura, ale jako polski oddział KGB. Formacja Kaczyńskiego co kilka tygodni maszeruje przez Warszawę, paląc kukłę Wałęsy, z transparentami “UB=UD” i “»Bolek« do Moskwy”.

Co robi Wałęsa? Gubi się zupełnie. Wprowadza do Belwederu dawnych TW. Zawiązuje przyjaźnie z komunistycznymi generałami, interesuje się służbami. Jego najbliżsi ludzie - Wachowski i Milczanowski - powołują zespół Lesiaka, który inwigiluje PC, a w szczególności zbiera informacje na temat prywatnego życia Kaczyńskiego.

Symbolicznym zamknięciem tej fazy sporu jest głosowanie nad solidarnościowym rządem Hanny Suchockiej. Głosami PC rząd pada, a bezmyślnie szybką decyzją Wałęsy parlament zostaje rozwiązany. Do władzy dochodzą postkomuniści. Wałęsa jest szczęśliwy. Uważa, że młodego Pawlaka i skompromitowanego PRL-em Kwaśniewskiego będzie bez trudu rozgrywał. Michnik również ma swój gwiezdny czas - prawica jest w rozsypce, a on w nowej konstelacji politycznej może pisać historię wraz z Kiszczakiem i Jaruzelskim. O dziwo, Kaczyński też jest w formie. Dowiódł swego - Polską rządzą postkomuniści, trzecie pokolenie KPP i UB. Przesłanki do antykomunistycznej rewolucji wreszcie się uformowały.

***

Gdy obejrzymy tamte dzieje pod mikroskopem, zobaczymy zwykła jatkę. Nikt w niej nie jest czysty. Nikt nie jest święty. Brutalnie grają wszystkie strony, wszystkie traktują innych jako mięso armatnie historii, żadna nie czuje lojalności wobec dawnych towarzyszy.

Ani prawicy, ani lewicy nie udało się nad Wałęsą zapanować. Więc obie próbowały go zniszczyć. Niszczyły totalnie - intrygą, plotką, pomówieniem, kłamstwem. A Wałęsa odpowiadał im tą samą monetą. A że nie stała za nim poważna idea, tylko naga ambicja, z tej jatki Wałęsa wyszedł jako największy przegrany.

Generalny obraz, jaki daje mikroskop, to niezdolność “Solidarności” do rządzenia. Każdy z jej nurtów okazuje się źródłem jadowitych patologii. Nikt tu nie zna słowa kompromis. Nikt tu nie zna słowa wybaczenie. Wybaczać Michnik może komunistom, ale nigdy Kaczyńskim. Gdy PiS dojdzie do władzy, będzie atakowany przez Michnika od pierwszego dnia. Nie za to, co zdążył zrobić, ale za to, co zrobił w 1990 roku.

Ale tak samo będzie się zachowywać Kaczyński. Po aferze Rywina. A także dziś. Bo wojna na górze nadal trwa. Książka o Wałęsie jest jej kolejnym etapem. To, co się wydarzyło w latach 70., jest przecież wyłącznie pretekstem. Rozgrywający się w kostiumach z epoki wczesnego Gierka spór dotyczy jedynej sprawy, która ożywia polską politykę - wojny na górze. Wałęsę atakują dziś Kaczyńscy i ich kibice. Choć mówią o młodym robotniku, przed oczami mają siwiejącego prezydenta, który odwołuje rząd Olszewskiego. Ci natomiast, którzy bronią dziś Wałęsy, sami przez lata mówili o tym, że miał esbecki epizod. Dziś bronią go nie dlatego, że wierzą w jego niewinność, ale ponieważ spór z lat 90. jako ich śmiertelnego wroga zdefiniował w ostateczności nie Wałęsę, ale jego dzisiejszych oskarżycieli.

Oczywiście istnieje również młodzież, ciekawa, jak było naprawdę, są staruszkowie szczerze zatroskani konsekwencjami sporu, są historycy starający się uczciwie odpowiedzieć na kolejne pytania o prawdziwość zarzutów wobec Wałęsy, jednak to nie oni nadają dyskusji ton. I nie oni rozumieją jej rzeczywiste znaczenie. To spór, którego nie da się zrozumieć poprzez analizę użytych w nim argumentów, zgromadzonych faktów, papierów, dowodów, ale jedynie poprzez opis tego, gdzie ludzie formułujący te sądy byli i komu kibicowali w 1990 roku. To jak mapa nienawiści na Sycylii - nie pytamy się, dlaczego ktoś tu kogoś nie lubi, po prostu patrzymy, kto komu zabił przodka kilka pokoleń wcześniej.

***

Jeśli spojrzeć na czasy obejmującej władzę “Solidarności” z perspektywy zastosowanej dziś do Lecha Wałęsy, cały obóz solidarnościowy okaże się jeszcze większym kłębowiskiem żmij. Przy takiej rozdzielczości spojrzenia nikt już nie zasłuży na szacunek.

Powstaje pytanie: czy warto z tego punktu na historię patrzeć? Czy warto sprowadzać Napoleona do jego groteskowego życia na świętej Helenie? Albo do jego pasji erotycznych, w których - jak mówią historycy, szczególną atrakcją było długie niemycie się?

To jest to spojrzenie, które Hegel nazywał kamerdynerską wizją polityki. Kamerdyner - opowiadał niemiecki filozof - widzi bohatera jedynie w domu. Cała jego wielkość sprowadza się więc w oczach kamerdynera do tego, czy bohater, idąc do łóżka, zdejmuje buty. Kamerdyner nie chodzi na pole bitwy, nie widzi politycznych sukcesów, jego kryteria wielkości są na miarę jego lokajskiej perspektywy.

Nasz problem polega na tym, że kamerdynerskie spojrzenie na politykę narzucają nam nie bulwarówki, nie kamerdynerzy, ale sami bohaterowie. Mikroskopowa historia wojny na górze, to nie gawędy kamerdynerów, ale dokładnie to, co o swoich przeżyciach opowiedzieli nam sami bohaterowie. To Kaczyński zrobił z Wałęsy “Bolka”, moralne zero, tandetnego despotę, który czerpie radość z tego, że minister Wachowski zakłada mu kapcie. To Michnik nauczył nas widzieć w Wałęsie dziecię polskiego ciemnogrodu ocierające się o antysemityzm, marzące o dyktaturze. To Wałęsa opowiadał każdemu, kto do niego przychodził, kto przed nim klękał, co mówił o innych. Aluzja, plotka, insynuacja to praktyka, do której ojciec Rydzyk przyłączył się dopiero wiele lat później. To nasi bohaterowi wybrali mikroskop, to oni wielką politykę, którą uprawiali, przedstawili nam jako zapasy w kisielu. To właśnie czarny PR, wychodzący ze sztabów wojny na górze, próbował wskrzesić mit żydokomuny, to liderzy przez lata kolportowali zupełnie nieprawdziwą plotkę, że agentem był Geremek, to oni wpuszczali w obieg dywagacje, dlaczego Jarosław Kaczyński jest kawalerem (- Niech Lech przyjdzie z żoną, a Jarosław z mężem - oświadczył kiedyś Wałęsa).

Książka o Wałęsie, prowadzony wokół niej spór, to kolejny etap tej samej praktyki. PiS i jego sympatycy, mający poczucie, że poddano ich nieuczciwej nagonce, odpowiadają jedyną bronią, jaką znają. Biją się nie o prawdę, nie o wartości, nie o ideę lustracji. Gdy premierem był Kaczyński i pojawiła się kwestia jego teczki, Kaczyński miesiącami zwlekał, a domagających się jej publikacji teczki opisywał jako prowokatorów. Teczki - w “Solidarności” - otwiera się tylko na wrogów.

***

Słyszymy dziś głosy - nie niszczmy narodowych świętości, legend, mitów. Nie mordujmy naszych bohaterów. Hasło jest słuszne, ale problem polega na tym, że dla każdego, kto inny jest bohaterem. Dla jednych jest nim Wałęsa, dla innych Kaczyński, a dla jeszcze innych Michnik. Co więcej sami ci bohaterowie nauczyli swoich kibiców, że najlepszym sposobem oddania im hołdu jest sponiewieranie pozostałych.

Kilka miesięcy temu wydawało się, że ten spór się wypala. Do władzy doszła Platforma, formacja dziwna, będąca złożeniem wszystkich trzech obozów w niemal aptekarsko rozdzielonych proporcjach. Rozsądny kompromis - zarówno idei jak i biografii - między Wałęsą, Michnikiem i Kaczyńskim. Wydawało się, że rysuje się szansa na kompromis. Że uda się schować mikroskopy i po raz pierwszy wyciągnąć teleskopy. Dodać naszej historii mądrości i głębi. A jej bohaterom splendoru.

Zwłaszcza że wiemy już, że innej drogi nie ma. Po prostu solidarnościowej wojny nikt samodzielnie nie wygra. Coraz wyraźniej widać, że trzej panowie stanowią pakiet. Złośliwa historia wrogów wpisała w jedną legendę. I albo krzywiąc się nieco, oddamy honory wszystkim trzem, albo co rok będziemy wyciągać z błota kolejnego z nich.

Nie wiem, czy to jest możliwe. Podobny dylemat miała II RP z Piłsudskim i Dmowskim. I rozwiązała go dopiero po ich śmierci. Dopiero gdy obu panów nie było, alternatywa: Piłsudski albo Dmowski zastąpiona została koniunkcją: i ten, i ten.

Być może takie są reguły historycznego kompromisu. Być może dopiero za kilka dekad na rondo Wałęsy będzie się wjeżdżało z alei Michnika, aby skręcić w ulicę Kaczyńskiego. Zwłaszcza że nasi bohaterowie nadal mają temperament jak z kart “Zemsty”, dopokąd żyją, nie wybaczą.

Robert Krasowski

Original post by homonto

Fundusze – sprzedać czy zaczekać?

czerwiec 22nd, 2008
WIADOMOŚĆ DO LESZCZY_ PANIKARZY, POSŁUCHAJCIE  !!!
WIADOMOŚĆ DO LESZCZY_ PANIKARZY, POSŁUCHAJCIE  !!!
Moi Drodzy, samiście winni swojej sytuacji , gdy tracicie oszczędności swojego życia. Jestem pracownikiem jednego z największych Domów Maklerskich w Polsce, obsługuję Klientów mających na giełdzie po kilka lub kilkanaście, a zdarza się że i po kilkadziesiąt milionów złotych. Giełdę znam praktycznie od podszewki ze względu na kilkunastoletni staż pracy i dostęp do informacji, o których przeciętny gracz nawet nie zdaje sobie sprawy. Obecna sytuacja giełdową jest wypadkową wielu czynników których nie będę opisywał, konkluzja jest natomiast taka że to, w uproszczeniu, banki zmówiły się i dzięki swoim ogromnym możliwościom w mediach prowadzą politykę dezinformacyjną, co powoduje samonakręcającą sie spiralę umorzeń i owczy pęd. W ten sposób z Funduszy Inwestycyjnych przebiega ogromna liczona w miliardach złotych na konta bankowe, które dla niedoświadczonych i naiwnych graczy wydają się być właściwą alternatywą. Już teraz, kilka dni po solidnej, 2-dniowej korekcie, baki inwestują pieniądze Klientów  np dzwoniąc do domów i oferując tani kredyt. Banki też kupuja teraz za twoje wpłacone im pieniądze tanie akcje , które Ty sprzedałeś.  Giełda będzie spadać do czasu, gdy główni inwestorzy i mocodawcy uznają, że została ona już oczyszczona z niedoświadczonych graczy, a ci zniechęceni powrócą dopiero za 2-3 lata w momencie kolejnych większych korekt. W ten sposób wykorzystuje się Was, nie dajcie się manipulować i nie kierujcie się prawem tłumu, miejcie swój rozum a przekonacie się w dłuższej perspektywie ile jeszcze będzie można zarobić na giełdzie. P.S. Moje aktywa giełdowe też zmalały o ok 200-250tys, ale póki ich nie wypłacę, nie mam realnej straty, po prostu przeczekam , a ceny z pewnością wywindują w górę, bo przerabiałem to już nieraz :) P.S 2 - przez kilkanaście lat na polskiej giełdzie zarobiłem już ok 2,5-3mln PLN. Długotrwałe inwestowanie naprawdę się opłaca, głowa do góry!
~były leszcz , 21.06.2008 15:05

Original post by homonto

Wysoka inflacja - “efekt Skrzypka”

czerwiec 21st, 2008
Inflacja to nic innego jak podatek nakładany na obywateli
przez kontrolujące podaż pieniądza rządy. Inflacja oznacza, że w obiegu pojawiło się więcej pieniądzy niż produkowanych towarów, a więc ceny dóbr musiały wzrosnąć. To dlatego płacimy coraz wyższe raty kredytów i coraz więcej wydajemy na zakup towarów, przede wszystkim żywności. Statystyczny Polak zarabiający średnią krajową pensję (według GUS - 3 tys. zł) tylko od swoich poborów zapłacił w ostatnim roku ok. 1500 zł podatku inflacyjnego (zarabiane przez niego pieniądze straciły na wartości 4,2 proc.). `Banki centralne działają tak jak syndykaty fałszerzy pieniędzy. Jednak w przeciwieństwie do innych fałszerzy udają, że działają w publicznym interesie: łagodzą cykle koniunkturalne czy starają się utrzymać ceny na stabilnym poziomie” - dowodził Murray Rothbard, jeden z najwybitniejszych amerykańskich ekonomistów XX wieku. - Inflacja to największe złodziejstwo, jakiego dopuszczają się współczesne państwa - mówi prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Poza garstką bankowców mało kto zdaje sobie sprawę, skąd się w gospodarce biorą pieniądze. Jak zauważył sir Josiah Stamp, szef Banku Anglii w latach 1928-1941, `nowoczesny system bankowy produkuje pieniądze z niczego. To najbardziej zdumiewająca sztuczka, jaka kiedykolwiek została wynaleziona”. `Proces kreacji przez banki pieniądza jest tak prosty, że umysł ludzki go odrzuca” - podsumował amerykański ekonomista John Kenneth Galbraith.
Większość Polaków jest przekonana, że o nowym pieniądzu, który pojawia się na rynku, decyduje Narodowy Bank Polski. Nie jest to prawda. 90 proc. nowego pieniądza emitowanego w Polsce jest produkowane przez banki komercyjne. Za każdym razem, kiedy bierzemy kredyt w banku, tworzy on nowe pieniądze, które wcześniej nie istniały. W teorii ekonomii proces ten jest nazwany eufemistycznie `kreacją pieniądza”. Jego przeciwnicy uważają, że to nic innego jak oszustwo, fałszerstwo albo nawet kradzież. Rothbard uważał, że inflacja jest świadomą strategią sektora bankowego działającego w sojuszu z rządem. Na nowych pieniądzach zarabiają bowiem ci, którzy dostają je pierwsi (czyli banki) i są w stanie wydać je, zanim nastąpi wzrost cen.

Doskonałym sposobem ilustracji tego, jak `wyprodukowany” w bankach pieniądz napędza inflację, jest sytuacja w ostatnich latach na polskim rynku nieruchomości. W 2006 r., kiedy ceny nieruchomości wzrosły o 50 proc., banki udzieliły ponad 300 tys. kredytów o wartości 44 mld zł. Tymczasem w 2005 r. kredytów było tylko 202 tys. o wartości 24 mld zł, czyli dwa razy mniej. Banki zaczęły masowo udzielać kredytów na 100 proc. wartości nieruchomości i kilkaset tysięcy osób mogło wziąć `wyprodukowane” przez banki pieniądze i kupić sobie mieszkanie. Te sto kilkadziesiąt miliardów złotych (kolejne 57 mld zł kredytów hipotecznych udzielono w 2007 r.), wpompowane nagle
w rynek nieruchomości, musiało doprowadzić do wzrostu cen. Jaki był skutek? Inflacja dla osób, które obecnie chcą kupić mieszkanie (czyli większość dwudziesto- i trzydziestolatków) wyniosła nie kilka procent, jak twierdzi GUS, tylko kilkadziesiąt procent (za dwupokojowe mieszkanie zapłacą 2 tys. zł miesięcznej raty zamiast 1 tys. zł jak jeszcze dwa lata temu). Dlaczego zatem wskaźnik inflacji utrzymywał się w tym czasie na poziomie 2-4 proc.? W polskim wskaźniku inflacji nie jest bowiem odzwierciedlony wzrost cen mieszkań, chociaż na przykład w amerykańskim jest on zawarty.

Banki to najbardziej dochodowe instytucje świata, które zarabiają tym więcej, im więcej kredytów udzielą (czyli im więcej `pustego” pieniądza wyprodukują). Dlatego obecny boom kredytowy zbiegł się z ogłoszeniem rekordowych zysków przez nasz sektor bankowy. W 2007 r. banki w Polsce zarobiły `na czysto” 13,7 mld zł. Od początku transformacji ustrojowej do 2003 r. ich dochody nigdy nie przekroczyły 5 mld zł rocznie. Stopa zwrotu na kapitale własnym w polskim sektorze bankowym (ROE) to 25,1 proc., czyli pieniądze wyłożone na założenie banku zwracają się po czterech latach. Takich wyników nie ma żaden inny sektor.
Skutkiem boomu kredytowego jest bardzo szybko rosnąca ilość pieniądza w obiegu. Najlepszym tego wskaźnikiem jest tzw. M3, który obejmuje, oprócz gotówki, także m.in. krótkoterminowe depozyty w banku. Nie zawsze wzrost M3 jest spowodowany wzrostem ilości pieniądza kreowanego przez banki, ale w większości wypadków dobrze pokazuje wzrost ilości pieniądza na rynku. Na koniec lutego 2007 r. było w Polsce w obiegu 509 mld zł, a obecnie (dane z końca lutego 2008 r.) jest 578 mld zł, czyli o 13,5 proc. więcej. W tym okresie ilość dóbr i usług wytworzonych przez polską gospodarkę (czyli PKB) wzrosła tylko o 6 proc. Większa ilość pieniędzy w rękach obywateli bez równoczesnego zwiększenia liczby wytworzonych dóbr oznacza właśnie inflację.

`Żaden polityk nie przegrał wyborów, doprowadzając do wzrostu inflacji” - zauważył kiedyś Richard Nixon, prezydent USA. Dlatego, że doprowadza ona do redystrybucji pieniędzy od biednych do bogatych. Dzięki temu politycy mają pracę polegającą na obiecywaniu odwracania tego procesu. Jeżeli bowiem - tak jak obecnie w Polsce - inflacja wynosi 4,2 proc., to oznacza, że w ciągu roku pensje etatowych pracowników obniżają się automatycznie prawie o jedną dwudziestą. Te osoby stają się w części klientelą polityków, którzy utrzymują, że zapewnią im więcej pieniędzy (tak jak to zrobił PiS przed wyborami, podnosząc płacę minimalną prawie o 20 proc.). Tymczasem inflacja nie dotyczy aktywów należących do zamożnych. Ceny nieruchomości czy udziałów w firmach rosną wraz ze wzrostem cen.
Dzięki inflacji politycy dostają więcej pieniędzy z podatków (rosną ceny, a największy udział w budżetach europejskich państw ma podatek od towarów i usług - VAT, który jest tym wyższy, im wyższe są ceny). Tymczasem wydatki publiczne są ustalane nominalnie rok wcześniej, wtedy kiedy ceny są niższe. Aby dodatkowo spotęgować ten efekt, ministrowie finansów regularnie zaniżają wysokość inflacji. Na przykład w projekcie budżetu na rok 2008 r. przewidywano, że inflacja wyniesie 2,3 proc. Tymczasem już wynosi ona 4,2 proc. Zamiast 247 mld zł planowanych przychodów, będzie prawdopodobnie o 5 mld zł więcej.
Dodatkowym bonusem dla polityków jest to, że w miarę wzrostu inflacji maleje wartość długu zaciągniętego wcześniej przez państwo. Skrajnym przykładem tego, jak to można wykorzystać, dali polscy komuniści po II wojnie światowej. Nie odmówili spłaty przedwojennych obligacji, tylko ustawowo znieśli zabezpieczenie ich wartości w złocie, a następnie poczekali aż inflacja obniży wartość długu do zera.

Malowanie trawy
Zwolennicy teorii spiskowych wskazują, że amerykański bank centralny zaprzestał publikowania wskaźnika podaży pieniądza M3 w 2006 r., a obecnie inflacja w USA jest najwyższa od 17 lat. Co więcej, wartość dolara względem innych walut topnieje w oczach. Wszystko dlatego, że inwestorzy na świecie zorientowali się, iż do obiegu wprowadzono ogromne ilości `pustego dolara”. - Państwa na całym świecie starają się manipulować oficjalnymi wskaźnikami inflacji, aby nie pokazywać, ile naprawdę pieniądze tracą na wartości - mówi prof. Witold Kwaśnicki. Stosowany jest mechanizm, który do perfekcji opanowali komuniści w PRL. Chcąc ukryć podwyżki cen, uwzględniali w koszyku inflacji obniżkę cen na przykład lokomotyw. Tak naprawdę każdy ma własny poziom inflacji, bo każdy kupuje inne towary i usługi. GUS przyjmuje typowy koszyk dóbr i usług, który wybiera na podstawie anonimowych ankiet. Ich reprezentatywność jest wysoce umowna. Poza tym co roku GUS zmienia koszyk tych usług. Jeżeli na przykład w jednym roku ceny ogórków wzrosły i klienci zaczęli kupować więcej pomidorów, to GUS zacznie uwzględniać tańsze pomidory. We wskaźniku inflacji nie będzie ani śladu tego, że wzrosły ceny ogórków.

Zrozumienie mechanizmu kreowania pieniądza jest kluczem do pojęcia tego, dlaczego społeczeństwa w rozwiniętych i większości rozwijających się krajów pozwalają politykom na zabieranie sobie połowy zarobionych pieniędzy w postaci podatków. Punktem zwrotnym w historii świata był wielki kryzys w USA, który rozpoczął się w 1929 r. Wówczas uznano, że jest to ostateczny dowód na to, że wolny rynek się nie sprawdził i społeczeństwa w rozwiniętych krajach przyzwoliły politykom na masowe zwiększanie podatków i interwencjonizmu państwowego. Ekonomiczną `podkładkę” dla światowego zamachu stanu na pieniądze podatników dostarczył słynny ekonomista John Maynard Keynes, który ukuł teorię, według której politycy mogą zapobiegać kryzysom gospodarczym, zwiększając w czasach dekoniunktury wydatki budżetowe. Wolny rynek został zwyczajnie wrobiony w przestępstwo, którego nie popełnił. I został skazany. 36 lat później, w 1965 r., prof. Milton Friedman udowodnił, że za kryzys odpowiedzialny jest amerykański bank centralny, który w nieodpowiedni sposób `majstrował” przy ilości pieniądza w obiegu, a nie wolny rynek. Friedman dostał ze to odkrycie Nagrodę Nobla z ekonomii, ale politycy zdobytych wówczas pieniędzy i władzy nie oddali do tej pory.

Aby istnieć, państwo opiekuńcze potrzebuje znacznie więcej pieniędzy, niż jest w stanie uzyskać z podatków. Dlatego istnienie pieniądza opartego na złocie (czyli takiego, który chroni wartość) byłoby nie do pogodzenia z tak dużym udziałem państwa w gospodarce, z jakim mamy do czynienia. Doskonale to podsumował Alan Greenspan, były szef amerykańskiego banku centralnego. W 1967 r., gdy posiadanie sztabek złota było w USA nielegalne, w artykule `Złoto i wolność ekonomiczna” pisał: `Złoto stoi na drodze politykom do konfiskaty majątku obywateli za pośrednictwem inflacji. I dlatego tak bardzo się bronią przed pieniądzem opartym na złocie. To ciemny sekret polityków państwa opiekuńczego, które po to, by istnieć, potrzebuje zbyt wiele pieniędzy. Kiedy pieniądz nie jest zabezpieczony złotem, nie ma możliwości uchronienia oszczędności przed ich konfiskatą przez inflację”.

Warto przypomnieć, że w USA do czasów wojny secesyjnej drukowanie pieniądza bez pokrycia w złocie było karane śmiercią. Rząd potrzebował jednak pieniędzy na finansowanie wojny, nałożył więc na obywateli podatek inflacyjny. Od 1913 r., kiedy powstał Fed, wartość dolara spadła o 96 proc. (obecny 1 USD jest wart tyle, ile 4 centy w 1913 r.). Murray Rothbard podkreślał, że praktyka pokazała, iż jedynym zabezpieczeniem przed inflacją jest prywatny system bankowy z prywatnymi mennicami. Jak zauważył prof. Friedman, `inflacja to jedyny podatek, który można nałożyć bez głosowania” i dlatego politycy w demokracji nie zrezygnują z możliwości jego stosowania.

~czytaj to , 20.06.2008 22:06

Original post by homonto

Brytyjska Korona straci wyspę?

czerwiec 20th, 2008
Walęsa prezudentem, Tusk płemielem, WTC naczelny gazeta wyborcza wyspy.
SB do pilnowania porządku, Ela i Delirium wsparcie -zaparcie, Boni ministrem pamięci, Komorowski sprawy zagraniczne do spraw z jamajką,Wachowski do spraw przemytu,zdrowie  wiadomo sawicka,listkiewicz wiadomo menago hokej,kaligulaOPjolop sprawy karne,za nocne zmiany slonca na księzyc tu mam klopot, Tusk lub schetyna,Chlebowski, żywność,
Moze jeszcze jakieś propozycje, nie będzie łatwo, ale będzie śmiesznie, a Polska ruszy do przodu gdy tych obywateli nie będzie na naszej wyspie. pozdrawiam gig
gig@op.pl , 19.06.2008 23:45

Senyszyn aborcja, palikot bełty,sikorski na tarczy,borusewicz od klamstw,niesiolowski kultura, tu nie ma wątpliwości,kwaśniewski degustator palikota,rostowski akcyza,pawlak od spólek.
~gig , 19.06.2008 23:54

Original post by homonto

kontenery - kurs angielskiego - Rachunek oszczędnościowy - Polecana książka - kitesurfing - True Tone Sagem - Stołki i ławy